ďťż
They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.
Podobne

an image

Alleluja! W samą porę dwa debile zorientowały się, że są dla siebie stworzeni!

Don Camillo zwrócił dyskretnie uwagę Pepponowi, że w każdym ruchu tych kobiet widać, jak głęboko usatysfakcjonowane są z tego, że wywalczyły sobie równouprawnienie z mężczyznami. - To wielce krzepiący widok - oznajmił na zakończenie - i można nim sycić oczy jedynie w Związku Radzieckim. - Jeszcze bardziej krzepiący będzie ten, którym nasycimy oczy, kiedy skierujemy do tej pracy księży - odciął się poufnym szeptem Peppone. Lodowaty, wszechmocny wiatr pachnący Syberią przemykał wielkimi pustymi ulicami, aż na bezkresnym Placu Czerwonym znalazł wreszcie pokarm dla swoich zębów. W pierwszej chwili miało się wrażenie, że to jakieś tobołki ze szmatami, ułożone rządkiem i czekające na ciężarówkę przedsiębiorstwa oczyszczania miasta, ale chodziło o pielgrzymów wyczekujących na otwarcie „sanktuarium". Przyjechawszy z Uzbekistanu, Gruzji, Irkucka czy Bóg jeden wie skąd i wysypawszy się na moskiewskim dworcu w samym środku nocy, obywatele wszystkich republik sowieckich obozowali przed mauzoleum Lenina i Stalina i czekali cierpliwie, siedząc na swoich torbach podróżnych, tuląc się jedni do drugich jak owieczki, które muszą spędzić noc w otwartej zagrodzie. - Towarzyszu - zwierzył się don Camillo Pepponowi - jakże inaczej jest teraz niż w obmierzłych czasach, kiedy biedny muzyk, który przyjechał skądś z Rosji swoim prostackim i powolnym wozem, biwakował w okolicy pałacu carskiego, całe dni czekając na okazję ujrzenia cara i nowej carycy. - Czym innym jest niewolnik, który przybywa, żeby potwierdzić swoje poddaństwo wobec tyrana - wyjaśnił Peppone półgębkiem - a czym innym wolny obywatel, który przybywa, by podziękować temu, kto dał mu wolność. - Pomijając tych jakże licznych - dodał don Camillo - którzy przybywają, żeby przekonać się, że Lenin i Stalin naprawdę nie żyją... Peppone obrócił się z uśmiechem i oznajmił półgłosem: - Kiedy myślę o tym, że jutro mniej więcej o północy wysiądzie ksiądz na stacji w Mediolanie, muszę się uszczypnąć, żeby upewnić się, że to nie sen. Proszę się jednak bawić dalej; zostało już niewiele godzin. Przygoda dobiegała końca; o dziewiątej wysiądą z samolotu w S. Tam zwiedzą stocznię i w południe wsiądą na stateczek, by po trzech godzinach znaleźć w mieście O., skąd o siedemnastej wylecą do Berlina. Na pomysł wycieczki statkiem wpadł towarzysz Oriegow; towarzysze włoscy przemieszczali się już samolotem, pociągiem, samochodem, tramwajem, trolejbusem, metrem, aby jednak w pełni mogli zdać sobie sprawę ze sprawności radzieckiej komunikacji, powinni odbyć przejażdżkę statkiem. Propozycja została zaakceptowana przez odpowiednie władze, co sprawiło uzasadnioną radość towarzyszowi Oriegowowi. Punktualnie o godzinie dziewiątej samolot wylądował na lotnisku w S. Stan lotniska odpowiadał niewielkiemu znaczeniu S., małej mieściny, która swe istnienie zawdzięczała wyłącznie stoczni. W dużym i znakomicie bronionym porcie, który był schronieniem dla statków czekających na remont, widać było w głębi wszelkiego rodzaju jednostki pływające i towarzysz Bacciga, genueńczyk i marynarz, znalazłszy się w swoim żywiole, poczuł się swobodny niczym mewa, czego przedtem trudno byłoby się u niego dopatrzyć. Spośród statków w najrozmaitszym wieku wyróżniał się nowiutki zbiornikowiec. Towarzysz Bacciga tak bezbłędnie określił jego tonaż i dane techniczne, że towarzysz Oriegow uznał, iż włoscy goście poradzą sobie znakomicie bez niego. Powierzył ich więc czujnemu nadzorowi towarzyszki Nadii, a sam poszedł uzgodnić szczegóły zwiedzania stoczni. Towarzysz Bacciga był wspaniały. Rzucał ścisłą odpowiedź na każde pytanie, jakie zadawali mu inni towarzysze, i co jakiś czas wykrzykiwał: - Produkcja statków to nasza specjalność, ale także oni nie zasypiają gruszek w popiele! Don Camillo zerkał co i raz na niego, a w pewnym momencie, kiedy towarzysz Bacciga powtórzył swój refren, wtrącił swoje trzy grosze: - Tak, nie zasypiają gruszek w popiele - oznajmił. -1 znają się na tym od dawna. Tylko spójrzcie na ten trójmasztowiec, tam po prawej stronie. Czyż nie jest to istne cacko? Towarzysze przeszli za don Camillem po molu do miejsca, skąd widać było żaglowiec w całej okazałości, i stanęli tam, przyznając, że don Camillo ma po tysiąckroć rację. Wydawało się, że statek pojawił się tu prosto z misternej i cennej dziewiętnastowiecznej ryciny. Niedawno pokryto go nowym lakierem i taki błyszczący, wypielęgnowany i wypieszczony w najdrobniejszym szczególe robił wrażenie jakby dopiero co został zwodowany. - Godna podziwu jest ta miłość ludzi radzieckich do wszystkiego, co świadczy o szlachetnej przeszłości wielkiej Rosji - entuzjazmował się don Camillo. - Towarzysze, czyż ten żaglowiec nie wystarczy, by wskazać, jak wspaniała jest rosyjska tradycja budownictwa morskiego? Don Camillo przez chwilę milczał, kontemplując świecące cacko, a następnie zwrócił się do towarzysza Baccigi. - Towarzyszu marynarzu, od wieków jesteśmy mistrzami w budowaniu okrętów, trzeba jednak uczciwie przyznać, że dopiero w Związku Radzieckim mamy okazję zobaczyć takie arcydzieło. Dołączyła do nich towarzyszka Nadia, która zebrała informacje od przechodzącego robotnika. - Nazywa się „Towariszcz" - wyjaśniła - jest statkiem szkolnych radzieckiej marynarki