Alleluja! W samÄ porÄ dwa debile zorientowaĹy siÄ, Ĺźe sÄ dla siebie stworzeni!
Niewinność jest cenna i łatwo ją stracić. -Kiedy wyciągnął rękę, pomyślała, że chce dotknąć jej twarzy, tak jak to zrobił już wcześniej. - Wyjedź stąd, Gabrielle. Zanim będzie za późno. A potem rzeczywiście jej dotknął, przesuwając leciutko palcami po jej podbródku. Przebiegł ją dziwny, przyjemny dreszcz. I już wiedziała, że jego dotyk wzbudza w niej wcale nie wstręt, lecz coś zupełnie innego. Coś, od czego robiło jej się gorąco, coś grzesznego i wstydliwego. Opuściła głowę, bojąc się, że mógłby wyczytać z jej oczu zbyt wiele. Nie rozumiała tego, co się z nią dzieje. Miała przecież do czynienia z podłym grzesznikiem, z człowiekiem, który z pewnością przez całe życie obrażał Boga. Człowiekiem, który ją przerażał i niepokoił. A mimo to... mimo to była nim zafascynowana. Pomyślała, że w istocie najbardziej przerażające w nim było właśnie to, że ją fascynował. - Proszę - odezwała się głosem niewiele głośniejszym od szeptu. - Niech mnie pan odwiezie do hotelu. Szybko wsiadła do sań, nim zdążył podejść, by jej w tym pomóc. Przez całą drogę siedziała sztywno wyprostowana, uważając, by na niego nie patrzeć, a już tym bardziej się o niego - 97 - nie otrzeć. Tylko raz pozwoliła sobie na niego spojrzeć, dziękując mu, kiedy odjeżdżał spod hotelu. Miał wówczas twarz tak zamkniętą, tak daleką, że mogłaby pomyśleć, iż wymyśliła sobie tę chwilę wzajemnej bliskości przy cmentarnej bramie. Tylko że... Tylko że nazwał ją po imieniu. Stała na chodniku przez hotelem i z zadartą głową patrzyła na białe płatki sypiące się z nieba. Użył jej imienia i zabrzmiało to tak naturalnie, tak na miejscu, że nawet nie przyszło jej do głowy, by zaprotestować przeciw takiej poufałości. A potem dotknął jej twarzy, a ona nawet się nie poruszyła, bo tego także nic miała mu za złe. Przecież naprawdę chciała, żeby to zrobił. Ta myśl wzbudziła w niej poczucie winy i wstydu, więc szybko opuściła głowę, weszła do hotelu i szerokimi, wyściełanymi czerwonym chodnikiem schodami udała się do swojego pokoju. Chciała, żeby jej dotknął. Chciała jeszcze raz doświadczyć tego dziwnego, przyjemnego i grzesznego uczucia, jakie ją ogarniało wtedy, gdy jej dotykał... a czasami nawet wtedy, kiedy tylko na niego patrzyła. Targana wyrzutami sumienia wsunęła klucz do zamka i parę razy bez skutku próbowała przekręcić, nim wreszcie się - 98 - zorientowała, że nie jest zamknięty. Zaskoczona nacisnęła klamkę i otwarła drzwi. Pokój był duży i jasny, z szerokim łóżkiem nakrytym szydełkową narzutą i dwoma fotelami obitymi różową satyną, stojącymi pod wysokim, podwójnym oknem wychodzącym na ulicę. W pierwszej chwili Gabrielle pomyślała, że musiała pomylić pokoje, ponieważ na łóżku leżała, wyciągnięta w niedbałej pozie, jakaś kobieta. Piękna kobieta w jedwabnej sukni w jaskrawe zielono-białe pasy, z bufiastymi rękawami lamowanymi koronką i głębokim dekoltem, odsłaniającym prawie całe ramiona i sporo obfitych piersi. Z gęstych rudych włosów upiętych w połowic na czubku głowy, w połowie puszczonych luźnymi kędziorami na ramiona wystawały dwa strusie pióra ufarbowane na zielono, współgrające z barwą sukni. Druga kobieta, wysoka i zgrabna, o prostych czarnych włosach, śniadej cerze i mocno zarysowanych kościach policzkowych, wskazujących na indiańskie pochodzenie, zajmowała jeden z foteli. W drugim rozpierała się szatynka o miłym uśmiechu, z wielkim okrągłym jak piłka brzuchem sterczącym wyraźnie pod fioletową sukienką, ozdobioną jaskraworóżową wstążką. Była to Crystal z Przybytku Celeste. - 99 - - Witamy - odezwała się Crystal; promienny uśmiech nie pasował do nerwowo rozbieganych piwnych oczu. Przyszłyśmy uciąć sobie z panią małą pogawędkę. - 100 - 5 St ojąc w progu, Gabrielle patrzyła na trzy wymalowane kobiety wypełniające jej pokój strusimi piórami, krzykliwie barwnymi jedwabiami i obfitością nagiego ciała. Miała przed sobą kokoty, nierządnice. Kościół miał wiele imion dla tych upadłych niewiast, tych grzesznic, a żadne z tych imion nic było ładne. Te służebnice szatana obnosiły się ze swą zmysłowością i pozwalały sobie na niewypowiedzianie, niewyobrażalnie sprośne czyny z mężczyznami w zamian za kilka plugawych monet. Wszystkie one były córami Ewy, narzędziami zła, kusicielkami sprowadzającymi na mężczyzn zgubę i potępienie. To one tkały całuny z dusz i składały je w urnie wiecznej śmierci. A jej matka była jedną z tych kobiet. Gabrielle szybko wśliznęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi, nim ktoś idący korytarzem zobaczy te kobiety w jej pokoju