They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.
Podobne

an image

Alleluja! W samą porę dwa debile zorientowały się, że są dla siebie stworzeni!

Drewnowski nigdy i nigdzie nie powiedział zreszt±, że «Hallali» jest to dobra powie¶ć, przeciwnie, zawsze dawał do poznania, że mogłaby być lepsz±. Kiedy za¶ patrzono na nich, gdy byli razem, możnaby wzi±ć Drewnowskiego za starszego brata Eustachego, braciszka surowego, ale dobrego. Eustachy wszystko to wie, rozumie i macha ręk±. Niech tam — powiada. I martwi się, że niezadługo ludzie poznaj± przecież, iż Drewnowski jest jak pęcherz, zewn±trz bardzo okazały, a wewn±trz pu¶ciutki i samem tylko powietrzem nabity — i w dobroci serca postanawia pomagać i podtrzymywać przyjaciela w momentach krytycznych. Ale wchodzi oto Drewnowski. — No, skończyłem — powiada z widocznem zadowoleniem ze swej pracy. — Możemy i¶ć? — zeskakuje Eustachy z łóżka. — Trochę wcze¶nie... Drewnowski nie lubi przychodzić nigdzie jednym z pierwszych. Ale Eustachemu pilno. — Pójdziemy wolno — proponuje. I id± wolno. Po drodze rozmawiaj± o Wieńkowiczu. Drewnowski nie bardzo chciał wierzyć, kiedy mu Eustachy zaręczał, że Wieńkowicz ani my¶li o Merlównie. Teraz zaczyna się to jednak sprawdzać. Po mie¶cie przestały już kursować pogłoski o tem, nadto rodzina cała Merlów wyjechała za granicę na zimę. Widocznie nic z tego nie będzie. Tylko Drewnowski nie może uwierzyć, aby to Wieńkowicz nie chciał. Nie chcieć pięknej i rozuinnej panny, która ma parę, czy nawet kilka milionów posagu!... — Daj pokój! daj pokój! — odpowiada Eustachemu, który się o Wieńkowiczu wyraża z entuzyazmem. Staje wreszcie Eustachy na progu domu, w którym odbywa się większe literackie zebranie i serce mu trochę bije w piersi. Gospodarz cały dzi¶ w u¶miechu i ukłonie wyci±ga do Eustachego obie ręce. — Przyprowadziłem go panu redaktorowi — powiada Drewnowski, kład±c rękę na ramieniu Eustachego. Redaktor prowadzi Eustachego do pierwszej większej grupy i przedstawia go jako młodego, pełnego talentu autora bardzo ciekawej powie¶ci, któr± ¶wiat pozna niezadługo. — Czy za po¶rednictwem «Bieguna?» — kto¶ pyta. — Jeżeli mówię, że autor jest zdolny, a powie¶ć ciekawa... — odpowiada redaktor z przesad±. W salonie jest już gwarno i ludno, utworzyły się trzy grupy większe i kilka mniejszych. Gospodarz ci±gle podchodzi do progu, witać nowych go¶ci. W pierwszej grupie jaki¶ poważny obywatel poznański opowiada o pruskich praktykach wyborczych. Słuchaj± go z zajęciem; ten i ów jednak rzuca ciekawe spojrzenia na Eustachego. Eustachy, choć zmieszany jeszcze, czuje, że się nim trochę zajmuj± i sprawia mu to rado¶ć. Drewnowski stoi przy nim, ale po chwili odstępuje, aby przywitać się z tym i z owym, i nieznacznie tworzy się wokoło Eustachego nowa grupa. — Chłop nasz jest bardzo m±dry i wyrobiony — zaręcza poważny obywatel poznański. I zaczyna to popierać dowodami licznymi i ciekawymi. Przerywa mu Dulski, młody i usłużny sekretarz «Bieguna», który posiadł now± anegdotę i biega od grupy do grupy, połami surduta wiej±c, jak skrzydłami, w ci±głej trosce, aby wszyscy poznali now± anegdotę z jego ust, a nie z innych. — Znacie anegdotę o Szołkowskim? Ponieważ nikt nie potwierdza pytania, Dulski zadowolony, powiada: — Doskonała... I opowiada: — ...Szołkowski zakochany jest w ¶piewaczce włoskiej, Davini, bardzo pięknej. Przychodzi jej benefis w «Fau¶cie». Wypada posłać jej kwiaty. Szołkowski nie jest człowiekiem sk±pym, ale nie lubi wydawać pieniędzy na kobiety. Trzeba jednak, więc posyła jej jaki¶ wiechetek za 5 rubli. Tymczasem rywal jego, Glancenman, bankier występuje przy tej okazyi wspaniale i ofiarowuje przepyszn± lirę z najrzadszych kwiatów. Otóż porz±dek w teatrze jest ten, że kwiaty podaj± artystce z orkiestry, bilety za¶ ofiarodawców posyłać należy na ręce reżysera za kulisy. Z manipulacyi tej korzysta Szołkowski, idzie ¶miałym krokiem w antrakcie za kulisy, wita się z Davini z pewn± min± i spogl±daj±c na ofiarowany przez siebie wiecheć za 5 rubli, lekceważ±co zapytuje: — A któż to pani przysłał? ¦miechy. Dulski, jak aktor, który osi±gn±ł efekt końcowy, znika. Poważny obywatel poznański zapytuje, czy to zdarzenie prawdziwe, czy też zrobiona przy sposobno¶ci anegdota. Nikt mu na to nie umie odpowiedzieć, nikt bo się o to nie troszczył i wydaj± się trochę zaskoczeni pytaniem Poznańczyka, który chce wszystko wiedzieć tak dokładnie. — Ja s±dzę, że to anegdota — powiada Poznańczyk — już bo Warszawa znana jest z tego, że zawsze i ze wszystkiego zrobi anegdotę... Eustachy spostrzega Wieńkowicza i opuszcza grupę, w której Poznańczyk wraca do swoich chłopów. — Co słychać? — pyta Wieńkowicz. — Dobrze, panie. Słucham pana jak wyroczni i patrzę końca. Chciałbym jednak pomówić kiedy z panem trochę szczegółowiej... Wieńkowicz liczy dni zajęte w my¶li i powiada: — PrzyjdĽ pan w sobotę. — Doskonale! Dziękuję. Potem mówi do Wieńkowicza: — Ja jestem pierwszy raz w tak licznem gronie i mało kogo znam