Alleluja! W samÄ porÄ dwa debile zorientowaĹy siÄ, Ĺźe sÄ dla siebie stworzeni!
Po drugie, na wyposażeniu miał on chyba wszystko, co wtedy Niemiec mógł wymyślić. Ot, taki drobiazg na przykład co to nazywa się fürmatic, napęd na cztery koła. Ale tylko wtedy, gdy mi coś zagraża. Poślizg nieoczekiwany głównie. Wtedy ten samochód, zanim zdążę pomyśleć, sam sobie włącza napęd na przednią oś i wyciąga mnie dosłownie z opresji. Boję się, że jego nowy właściciel nawet nie wie, co posiada. Ale kiedyś cywilizacja musi i tam trafić, czego przecież im życzę, a złożyłem, choć nie dobrowolnie, na ten cel poważną ofiarę. Otóż ten mercedes miał również radio, które w trakcie przemieszczania się na wschód wybierało sobie najlepiej słyszalne lokalne stacje. Zawsze bardzo atrakcyjne. Jadę sobie, jadę. Z francuskiego, radio przechodzi na niemiecki. Nawet gdybym nie czytał napisów, wiem, gdzie jestem. Granice, jak się człowiek zamyśli, może przegapić. Aż tu raptem w połowie Niemiec czysty polski język. Niczego nie dotykałem, niczego nie przestawiałem w odbiorniku. Myślę sobie Wolna Europa. Monachium nie tak daleko. Wsłuchuję się w treść, trochę bełkotliwa. Jakaś ostro religijna, ale tak jakby z religii ktoś szydził. W pierwszej chwili myślę sobie jakaś piracka, komunistyczna stacja kpi z katolicyzmu i próbuje obrazić moje tzw. uczucia. Ale to się kupy nie trzyma. Poza tym, kto i w jakim celu wykłada takie ogromne środki, żeby próbować odrobinę nawet myślącym ludziom ośmieszyć ich religię. Pamiętam, jaką wrzawę podniósł kler w związku z przedstawieniem Big Zbig, gdzie w ramach parodii różnych festiwali piosenek, leciutko sparodiowano festiwal piosenki religijnej. Przecież to, co słyszę w nieskazitelnym odbiorze przez kilkaset kilometrów w sensie parodii jest taką siekierą, że aż się rumienię. Oczywiście znam już nadawcę. Co jakiś czas przesłodzony do wyrzygania głos przedstawia się: Radio Maryja. Dzisiaj już wiem znacznie więcej. Radio to znalazło sobie w moim kraju wcale liczną mniejszość narodową. Mówię o czerwonobiałych szarych komórkach. U większości Polaków liczba tych szarych jest zbliżona do średniej europejskiej. To, że ta mniejszość, z wielbicielem Radia Maryja, ex posłem Jurkiem np. na czele, próbuje obrażać uczucia nawet średnio inteligentnych katolików, to jeszcze nic takiego. Można tego radia nie słuchać. To, że sama nazwa wadzi się z drugim przykazaniem Dekalogu, to problem szefa tego radia i jego stosunków z Autorem Dekalogu. Ale przechodzenie z dewocji w jawne życie społeczne i polityczne, posługując się językiem nienawiści, pomówień, jawnych kłamstw, przestaje być problemem zbłąkanego i dalekiego od ewangelii kapłana. Sądzę, że zaczyna już być łamane prawo. Jako obywatel chcący żyć w państwie praworządnym niniejszym protestuję. I to by było na tyle o sprawach, mimo wszystko dla mnie drugorzędnych. 73 Aktor pod pałeczką dyrygenta Jeszcze trochę a zapomniałbym opowiedzieć Państwu o wielkiej przygodzie artystycznej i ludzkiej, w swoim rodzaju dla aktora wyjątkowej, którą przeżyłem w tym dziwnym słodko gorzkim roku mojego półwiecza. Parę lat temu dyrygent Szymon Kawalla wysłał do mnie list i partyturę utworu Schönberga Ocalony z Warszawy. Schönberg skomponował kilka dzieł muzycznych, do których sam napisał tekst. Nie, tego nie można nazwać melorecytacją, czyli aktorskim mówieniem z muzyką w tle. Już raczej w sensie dyscypliny muzycznej jest to bardziej zbliżone do arii, choć to też nie to. Sam twórca, podobno powiedział kiedyś, że ideałem wykonawcy byłby aktor znający perfekt nuty. Nie wymaga tego chociażby Pasja Pendereckiego, w której miałem zaszczyt dwukrotnie brać udział jako narrator pod batutą samego Mistrza. Zaraz, zaraz, wróć. Kawalla najpierw przysłał mi liścik z zaproszeniem do występu w Krakowie i nagraniu tego utworu. Przekonywał mnie, że skoro umiem tyle rzeczy tak trudnych, jak jazda konna, boks, to przeczytanie po nutach w języku angielskim z orkiestrą utworu Schónberga będzie dla mnie pestką. Wyzwanie, z pełną próżnością, przyjąłem. Parę dni potem miałem w ręku partyturę. Nogi mi się ugięły. Nie to, że zupełnie nie znam nut. Niestety, trochę znam. Jakbym nie znał w ogóle, to byłbym w beztroskiej sytuacji Liv Ullmann, która w Warszawie, zresztą w rocznicę wybuchu wojny, przeczytała ze wzruszeniem dramatyczny tekst Schönberga, a Leopold Berstein prowadził orkiestrę swoim śladem. Zadaniem Livuni było zdążyć skończyć tuż przed wejściem ogromnego chóru. I to jej się z pomocą boską i wielkiego dyrygenta, udało