ďťż
They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.
Podobne

an image

Alleluja! W samą porę dwa debile zorientowały się, że są dla siebie stworzeni!

- Dlaczego więc odstąpił Pan od odwiecznej zasady obowiązującej w ruchu komunistycznym, że przegranego przeciwnika unicestwia się politycznie? - Doprawdy, jak mam pana przekonać, że mój liberalizm i starania o zeuropeizowanie władzy w Polsce nie miały tylko charakteru werbalnego. Ja naprawdę uważałem, że demokracja wewnątrzpartyjna jest niezbędna dla sprawnego funkcjonowania aparatu władzy. - Następna wielka roszada dotyczyła Franciszka Szlachcica, drugiego z kolei w Pańskiej eks-ekipie ministra spraw wewnętrznych zasiadającego w randze członka Biura Politycznego i sekretarza KC w najwyższych władzach partyjnych. Co było przyczyną jego dymisji? - Szlachcic, wieloletni pracownik bezpieczeństwa, tak nasiąkł panującymi tam obyczajami i, co gorsza, stosowanymi tam metodami pracy, że nie mógł się obyć bez nich również i w partii. Pierwsze przykre odkrycie dotyczyło dwóch, podsuniętych mi przez niego, sekretarek. Miały one, jak się okazało, obowiązek donosić Szlachcicowi o każdym moim kroku. Z pomocą takich metod m.in. starał się on zostać moim alter ego. Kontrolując w ten właśnie niewyszukany sposób moje wszelkie kontakty, w pewnym momencie zapragnął nimi sterować. Co gorsza, negatywnie wpływał on na całe kierownictwo partii, uzurpując sobie wewnątrz Biura Politycznego nie istniejącą w gruncie rzeczy funkcję II sekretarza Komitetu Centralnego. Styl stosowanych przez niego metod najlepiej oddaje przygoda, jaką z nim mieli Janek Szydlak i Jerzy Łukaszewicz. Zajmowali się oni przebywającym w Polsce pierwszym sekretarzem partii litewskiej. W programie zaplanowali w jednej z willi rządowych uroczystą kolację połączoną z kameralnymi występami kilku artystek i artystów. Wśród występujących zapamiętałem nazwisko Rinn (chętnie wówczas brała ona udział w takich imprezach). Dzień po tym wieczorze przybył do mnie oburzony Szlachcic niedwuznacznie sugerując, że impreza miała charakter nieobyczajny. Ponieważ nie lubiłem takich pomówień i chciałem je zawsze wyjaśniać u źródeł, poprosiłem do siebie towarzysza Szydlaka; gdy dowiedział się, o co jest podejrzewany, dosłownie wybałuszył na mnie oczy. Chwilę później, gdy Janek słusznie poirytowany wychodził ode mnie, natrafił na oczekującego go Szlachcica, który wyraźnie rad z siebie powiedział mu nie bez satysfakcji: „No i co, objechał cię pierwszy, objechał, a wiesz dlaczego? Następnym razem będziesz zawsze mnie zapraszał na takie spotkania, zgoda?”. Przyzna pan, że takiego człowieka nie można było dłużej trzymać w kierowniczym gremium partyjnym. Metody policyjne w partii były mi zawsze obce, więcej - nienawistne... Do tego doszło jeszcze wzajemne napuszczanie na siebie ludzi. Potrafił on np. wzywać kierowników nie podlegających mu wydziałów i wypytywać się o szefów, ich kompetencje, sposób pracy. Stosował więc metody, na które ja bym sobie nigdy nie pozwolił, wykraczało to bowiem poza zasady elementarnej przyzwoitości. Jeśli kogoś stawiałem na eksponowanym stanowisku, opierałem naszą współpracę na wzajemnym zaufaniu, które mogło oczywiście zweryfikować życie, lecz nie metoda prowokacyjnych rozmów i donosów. Ludziom, z którymi współpracowałem, wierzyłem, może nawet za bardzo, jak czas wykazał, ale zdecydowanie wolę to niż atmosferę stałych podejrzeń i policyjnych weryfikacji. - Czy pominąwszy te przykłady, nazwijmy je negatywnymi, można mówić o Biurze Politycznym i Sekretariacie KC jako o drużynie Gierka? - Od początku to kierownictwo było zlepkiem ludzi z różnych parafii i różnej proweniencji. Inaczej zresztą być nie mogło. Wszyscy oczywiście uznawali mnie za pierwszego sekretarza, ale tak naprawdę za swego uznawało mnie tylko kilku towarzyszy. Tak było z różnych powodów, ale podobnie - trzeba to przyjąć za pewnik - jest wszędzie. Czy pan sądzi, że na przykład za sekretarzowania Jaruzelskiego, żeby nie szukać daleko, wszyscy członkowie Biura Politycznego uważali go za swego? Nie było bardziej niestabilnego Biura Politycznego partii niż w latach osiemdziesiątych. Jaruzelski zmieniał ich jak rękawiczki. Czy to wzmocniło partię? Nie. Jedynie jemu taktyka ta pozwoliła w krytycznym momencie na spadochronie przeskoczyć na nową funkcję państwową. Natomiast u mnie w latach siedemdziesiątych jedni członkowie Biura utożsamiali się z programem partii, inni chcieli przeczekać czas gierkowski angażując się w pracę kierownictwa tylko częściowo i w pewnych sytuacjach. Jednych, jak np. Józefa Tejchmę, rozumiałem, miał on już niemal buławę pierwszego w tornistrze, a musiał się zadowolić pośledniejszą rolą. Innych, jak np. Kępę, rozumiałem już gorzej, angażował się on na przykład w ideę odbudowy zamku, to znaczy walczył, aby być przewodniczącym komitetu, inne natomiast sprawy nie podnoszące jego prestiżu wykonywał tak, aby zbyć. Z tym że dopóty, dopóki wszystko szło dobrze, nie było żadnych różnic politycznych w kierownictwie. Wszyscy byli za. Przysłowiowe schody zaczęły się później