ďťż
They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

Alleluja! W samą porę dwa debile zorientowały się, że są dla siebie stworzeni!

Wynik trzeciego wynosił pięć do czterech i Jeannie zorientowała się nagle, że broni piłki meczowej. Po kolejnych dwóch wyrównaniach Jack zdobył punkt i miał teraz przewagę. Jeannie posłała pierwszy serwis w siatkę i w tłumie rozległo się zbiorowe westchnienie. A potem, zamiast posłać wolniejszą normalną piłkę, postawiła wszystko na jedną kartę i zaserwowała tak, jakby to był pierwszy serwis. Jack z wyraźnym trudem odbił, posyłając jej piłkę na backhand. Jeannie zasmeczowała i podbiegła do siatki. Jak się jednak okazało, Jack całkowicie panował nad sytuacją i odwzajemnił się idealnie uplasowanym lobem, który przeleciał jej nad głową i wylądował tuż przed tylną linią, dając mu zwycięstwo. Jeannie oparła dłonie na biodrach i popatrzyła na piłkę, wściekła na samą siebie. Chociaż od paru lat nie grała już poważnych meczy, była ambitna i bolała .ją każda przegrana. Po chwili opanowała się, przywołała na twarz uśmiech i obróciła się do Jacka. - Piękny strzał - zawołała, po czym podbiegła do siatki i uścisnęła mu rękę. Widzowie zgotowali im krótkie brawa. Jeden z nich podszedł do Jeannie. To był wspaniały mecz - stwierdził, uśmiechając się szeroko. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Prezentował się całkiem nieźle: młody, wysoki, wysportowany, z ostrzyżonymi krótko, kręconymi blond włosami i sympatycznymi błękitnymi oczyma. I miał wielką ochotę ją poderwać. Nie była w nastroju. - Dziękuję - odparła oschle. Na jego ustach ponownie ukazał się uśmiech - pewny siebie, swobodny uśmiech mężczyzny, który wie, że większość dziewcząt cieszy się, gdy je zagadnie, bez względu na to, czy mówi do rzeczy. - Sam też gram trochę w tenisa i pomyślałem sobie... - zaczął. - Jeśli grasz tylko trochę, nie należysz chyba do mojej ligi - stwierdziła krótko i wyminęła go. - Czy mam z tego wnosić - dobiegł ją wesoły głos z tyłu - że romantyczna kolacja we dwoje i namiętna noc jest raczej wykluczona? Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Facet nie dawał za wygraną, mimo że potraktowała go bardziej obcesowo, niż to było konieczne. - Nie, ale dziękuję za propozycję - odparła przez ramię, nawet się nie zatrzymując. Zeszła z kortu i ruszyła w stronę szatni. Zastanawiała się, co teraz porabia mama. Musiała już dawno zjeść kolację; było wpół do ósmej, a w tego rodzaju instytucjach zawsze karmią ludzi wcześniej. Oglądała teraz pewnie telewizję w świetlicy. Może znajdzie sobie jakąś przyjaciółkę, kobietę w tym samym wieku, której nie będą przeszkadzać jej zaniki pamięci i która zainteresuje się zdjęciami jej wnuków. Mama miała kiedyś dużo znajomych - przyjaźniła się z koleżankami z pracy, klientkami, sąsiadkami, ludźmi, których znała od dwudziestu pięciu lat - ale ciężko im było podtrzymywać tę znajomość, kiedy zapominała, kim, do diabła, są. Mijając boisko hokeja na trawie, spotkała Lisę Hoxton. Lisa była pierwszą prawdziwą przyjaciółką, którą poznała po przyjeździe miesiąc temu do Baltimore. Pracowała jako laborantka w pracowni psychologicznej. Miała dyplom, ale nie chciała robić kariery naukowej. Podobnie jak Jeannie, pochodziła z niezamożnej rodziny i onieśmielała ją nieco panująca na uniwersytecie nobliwa atmosfera. Natychmiast przypadły sobie do gustu. - Właśnie próbował mnie poderwać jakiś dzieciak - oznajmiła z uśmiechem Jeannie. - Jak wyglądał? - Jak Brad Pitt, ale wyższy. - Powiedziałaś mu, że masz przyjaciółkę w bardziej odpowiednim dla niego wieku? - zapytała Lisa. Miała dwadzieścia cztery lata. - Nie. - Jeannie obejrzała się przez ramię, ale chłopak zniknął z pola widzenia. - Chodź szybciej. Nie chcę, żeby za mną łaził. - I co w tym złego? - Daj spokój. - Ucieka się przed szpetnymi, a nie przystojnymi, Jeannie. - Nie chcę o tym więcej słyszeć. - Mogłaś mu przynajmniej dać numer mojego telefonu. - Powinnam dać mu karteczkę z numerem twojego biustonosza. To by go zachęciło. Lisa, która miała dość duży biust, stanęła w miejscu. Przez chwilę Jeannie myślała, że posunęła się za daleko i ją obraziła, ale myliła się. - Wspaniały pomysł - zawołała Lisa. - "Mam 36D, jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, zadzwoń pod ten numer". Och, jakie to subtelne. - Jestem po prostu zazdrosna. Zawsze chciałam mieć wielkie cycki - powiedziała Jeannie i obie zachichotały. - Naprawdę. Kiedyś się o to modliłam. Byłam ostatnią dziewczyną w klasie, która nie miała jeszcze okresu. To było takie krępujące. - Naprawdę klęczałaś przy łóżku i prosiłaś: "Panie Boże, powiększ mi cycki"? - Dokładniej rzecz biorąc, modliłam się do Najświętszej Panienki. Wydawało mi się, że to sprawa między nami kobietami. I nie używałam oczywiście słowa "cycki". - A jak mówiłaś? Piersi? - Nie. Uznałam, że nie mówi się "piersi" do Matki Boskiej. - Więc jak je nazwałaś? - Bufory. Lisa parsknęła śmiechem. - Nie wiem, skąd mi się wzięło to słowo. Musiałam pewnie podsłuchać jakichś mężczyzn. Wydawało mi się dość grzecznym eufemizmem. Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam. Lisa obejrzała się przez ramię. - Nie widzę za nami żadnych adonisów - stwierdziła. - Domyślam się, że zgubiłyśmy Brada Pitta. - I bardzo dobrze. Był dokładnie w moim typie: przystojny, seksowny, przesadnie pewny siebie i kompletnie niegodny zaufania. - Skąd wiesz, że był niegodny zaufania? Miałaś z nim do czynienia raptem dwadzieścia sekund. - Żaden mężczyzna nie jest godny zaufania. - Chyba masz rację. Wpadniesz dzisiaj do Andy'ego? - Tak, ale tylko na godzinkę. Muszę najpierw wziąć prysznic. - Koszulka Jeannie była mokra od potu. - Ja też. - Lisa miała na sobie podkoszulek i szorty, na nogach tenisówki. - Trenowałam z drużyną hokeja na trawie. Dlaczego tylko na godzinę? To był ciężki dzień. - Mecz pozwolił Jeannie zapomnieć na chwilę o porannych kłopotach, ale teraz skrzywiła się na ich wspomnienie. - Musiałam umieścić mamę w domu opieki. - Och, Jeannie, tak mi przykro. Jeannie opowiedziała jej całą historię w drodze do budynku sali gimnastycznej